2011-12-22
Wiele lat temu, gdy zaczynałem pracować, w jednym z tygodników trafiłem na dość spory artykuł ogólnie opowiadający o pracy fotoreporterów. Jako raczkującego dopiero w zawodzie napawał mnie optymizmem. Bohaterowie tekstu opowiadali, że w końcu nadszedł ten moment, kiedy fotografia prasowa stała się ważna, a czasy kiedy fotoreporter stał w redakcyjnej hierarchii niżej kierowcy minęły i już nie wrócą. Zanim zdążyliśmy się takim stanem rzeczy nacieszyć, przyszło nam walczyć o przetrwanie, myśląc o akcjach protestacyjnych i zakładając związki zawodowe. O przetrwanie muszą już walczyć wcale nie Ci, którzy okazali się niepotrzebni i zdecydowali się odejść, ale Ci, którzy jeszcze pracują. O tym, ile ma kosztować fotografia, jakie zdjęcia są potrzebne, kto ma je robić i na jakich warunkach decydują ludzie, którzy gdyby robili w branży muzycznej, nie widzieliby różnicy między Mozartem a Jankiem Muzykantem.
Ci, którzy konstruują dzisiejsze umowy, określają warunki pracy fotoreporterów i ustalają cenniki, patrzą na naszą grupę zawodową jak na każdą inną, gdzie można znaleźć oszczędności. Nie wiem czy powinniśmy czuć się wyjątkowi. Ale wiem na pewno, że żeby poświęcić się tej pracy, trzeba ją co najmniej bardzo lubić i połączyć ją z pasją. Większość fotoreporterów to ludzie, którzy zajęli się tym co robią bo naprawdę chcieli. Dokonywali świadomego wyboru, bo to co uwielbiali mogło stać się ich sposobem na życie. Oprócz tego, że zarabiali w ten sposób, mieli frajdę z tego że dostarczali swoim redakcjom i agencjom dobre zdjęcia, godząc się często przez lata na kiepskie warunki zatrudnienia lub współpracy. Z całym szacunkiem dla innych zawodów – czy znajdziecie księgowego, który ma tyle chęci do liczenia co przeciętny zawodowy fotoreporter do fotografowania? Który kiedy już upora się z obowiązkami nakładanymi przez pracodawcę, swój czas wolny poświęci na liczenie, tak jak fotograf na zajmowanie się fotografią? Ilu przedstawicieli innych zawodów wykorzystuje swoje urlopy na pracę? Fotoreporterzy często, co nie przeszkadza im później na przekazanie swoim macierzystym tytułom materiałów robionych za własne pieniądze i w czasie wolnym. I są na tyle lojalni, że gdy ich zdjęcia zdobędą nagrody, oprócz swojego nazwiska wymieniają nazwę firmy dla której pracują, choć często nagrodzone fotografie nigdy nie były opublikowane.
Fotoreporter to coś więcej niż dostarczyciel obrazka i redakcyjny koszt. O tym, jak bardzo trzeba kochać tę robotę najlepiej chyba świadczy fakt, że przez ostatnie lata wszyscy uznaliśmy za standard to, że pracujemy swoim sprzętem, niszczymy ciuchy i buty fotografując powodzie, pracujemy na własnych komputerach, nie korzystamy z hoteli tylko jeździmy po nocach bo „redakcji nie stać”. Kiedyś, gdy usłyszałem pytanie, czy mój samochód jest służbowy, pomyślałem sobie, że tak. To jest bardzo służbowy samochód. W celach niezwiązanych z pracą nie jeżdżę nim prawie wcale. A jak rozmawiam ze zleceniodawcą o zwrotach kosztów dojazdu uznajemy, że liczymy tylko realne zużycie paliwa. I jeszcze najczęściej słucham narzekania, że moje auto nie jeździ na gaz. Ludzie pytający o nasz sprzęt często z niedowierzaniem słuchali, że to czym pracujemy jest prywatną własnością i nie jest ubezpieczone. A kiedy dowiadywali się, jakie są stawki pytali „to jak to się opłaca?”. No, średnio – odpowiadał wtedy często fotograf – ale ta praca to nie tylko pieniądze, tu chodzi o coś więcej…
Z wielu stron słychać, że fotografia prasowa stała się niepotrzebna. Niski poziom publikowanych zdjęć spowodowany kryterium cenowym sprawia, że rzeczywiście takich zdjęć już nikt nie chce oglądać. Kiedyś amatorzy fotografii przyglądali się z zainteresowaniem temu, co pojawiało się w gazetach i agencjach fotograficzny, żeby poznać dobrą fotografię i ewentualnie się czegoś nauczyć. Dziś mogą się podbudować tym, że sami są w stanie robić lepsze zdjęcia swoim telefonem lub aparatem kupionym w hipermarkecie niż te publikowane w najważniejszych tytułach prasy codziennej lub ich internetowych wydaniach. O tym, że kiedyś fotografia prasowa była nie tylko suchą rejestracją wydarzenia polegającą na tym żeby „wcelować i nacisnąć” ale bogatym w formę autorskim przekazem dawno już zapomniano, a wspomnienie o tym wywołuje co najwyżej śmiech. Tylko konkursy fotograficzne potrafią o tym jeszcze przypomnieć, ale zapewne już niedługo. I też nie wszystkie.
Fotoreporterzy, którzy zdecydowali się robić śluby mówią, że nowożeńcy – choć nie są często fachowcami od fotografii, potrafią bardziej docenić ich pracę niż wydawcy. I jeszcze godziwie zapłacić bez marudzenia, bo lepiej niż wydawcy widzą różnicę pomiędzy fotografem tanim a tym z wyższej półki. Jeden z moich kolegów, po odebraniu prestiżowej nagrody w jednym z konkursów, nie miał czasu napić się nawet piwa, bo musiał lecieć “obrobić” ślub.
Dziś ekskluzywność materiału fotograficznego polega na tym, żeby zarejestrować moment, kiedy znanej społeczeństwu gwieździe wypadł cycek podczas tańca albo innej złamał się obcas. Przydatność i wartość fotografii oceniają ludzie, którzy oglądając Wenus z Milo widzieliby tylko gołą babę bez rąk. Niskie wyceny tłumaczą uwarunkowaniami rynkowymi, jednocześnie narzekając na ten właśnie rynek, który sami tworzą i na wyścigi obniżają wartość “towaru”, którym dysponują i handlują. Jeśli fotografia jest tak kiepskim biznesem, dlaczego nie zaczną w takim razie handlować czymś innym? Gdyby przyszedł do nich James Nachtwey, nie poświęciliby nawet pięciu minut na obejrzenie jego zdjęć, bo nie są kolorowe i nie ma “znanych ryjów”.
Fotografowie przestają dyskutować o tym, czy zdjęcie jest dobre czy nie, o etyce zawodowej i tego typu „dyrdymałach”. Jedynym tematem, który dziś jest poruszany to kto i jak bardzo chce nas „wydymać” i ile się bierze za zdjęcia ślubne. Młodzi, którzy przychodzą do redakcji i agencji i chcą robić zdjęcia, zanim zdążą się czegoś nauczyć wpadaj w długi, a uczyć ich nie ma kto. Ci, którzy mogliby być autorytetami, odchodzą z zawodu i w wieku „średnim” postanawiają się przebranżowić. Nic później dziwnego, że na pogrzebie Janusza Morgensterna pojawiają się fotografowie ubrani jak na plażę i nie zauważają w swoim zachowaniu nic niestosownego. Najwyraźniej zatrudniający ich też nie widzą w tym nic złego, ważne jest tylko to, żeby dostarczyli zdjęcia, które będą się dobrze „klikać” w internecie, po 5 zł sztuka. Podczas wizyty Dalajlamy w Gdańsku jeden z właścicieli dużej agencji instruował swojego świeżego współpracownika: „rób całą postać, główkę i półpasiec i niech patrzy w obiektyw”. Takie przygotowanie wystarczyło, żeby zawiesić mu na szyi identyfikator z napisem „media / fotoreporter”.
Szanowni specjaliści od oszczędności i rachunków –może zabrzmi to patetycznie – ale zabiliście fotografię prasową. Spowodowaliście, że nikomu już się nie będzie chciało. Liczycie zdjęcia „na sztuki”, nie przyjmując do wiadomości, że nie wszystko da się tak przeliczyć. Nie macie szacunku nie tylko do tych, którzy zdjęcia robią, ale również do odbiorców. Po co fotograf ma się starać i robić zdjęcie, które będzie ozdobą periodyków wydawanych przez firmy dla których pracujecie, skoro w momencie dostarczenia tej fotografii wydawcy przestaje mieć do niej jakiekolwiek prawa? Jak ma się pochwalić dobrą publikacją, skoro pokazanie swojego nawet genialnego zdjęcia kupionego z agencji równać się będzie powiedzeniu światu „patrzcie, jakie świetne zdjęcie, jestem jego autorem, nie dostanę za nie pieniędzy”? Jak ma się starać ten, który rezygnował dotychczas z ubezpieczeń emerytalnych, bo liczył na to, że jego archiwum jest zabezpieczeniem na starość? I jak się ma czuć ten, któremu za zdjęcie publikowane w Internecie macie czelność zaproponować 5 lub 10 zł? Powiem Wam – czuje się okradziony i nie ma już motywacji do pracy.
Wesołych Świąt!
Łukasz Głowala
Dodane w SŁOWO | Komentarze: 22 »